09. 2016

Elżbieta Szadura-Urbańska

Pozostał im tylko prostokąt czterech ulic…

Niech będzie, że nazywają się Carmen, Bella i Ramona. Pewnie dzisiaj żadna prostytutka tak się nie nazwie, zresztą one może też nie zaakceptowałyby tych imion. To ja nazywam je tak na swój własny użytek. Na użytek odkurzania czasów ich świetności, kiedy Carmen, Bella i Ramona królowały w nocnych lokalach. No właśnie, nie „klubach” tylko „lokalach”, i pewnie nie „dyskotekach” tylko „dancingach”. Zresztą nie wiem, czy królowały. W moich wyobrażeniach chcę im dodać świetności. Chcę im wynagrodzić dzisiejszy upadek, bezrobocie i złośliwość czasu, który zakpił z ich planów. Miały przecież kupić te swoje kawiarnie, restauracje, gotować obiady dla bogatych mężów lub w najgorszym razie prowadzić własne domy publiczne. Może w tamtych czasach los im sprzyjał trochę bardziej niż teraz? Może były najładniejszymi dziewczynami? A dzisiaj? Pozostał im tylko prostokąt czterech ulic.

Stoją tak na rogu, obok kościoła, za plecami mają ruchliwe ulice miasta. Obnażone przez promienie słońca, niedoinwestowane, nieudolnie ukrywające upływ czasu i biedę – wyzwalają we mnie dławiące uczucie wzruszenia. Są jak upadające imperia nieodparcie skazane na zagładę przez nowych barbarzyńców. Komety, odległe o lata świetlne od call girls, internetowych usług i całego nowoczesnego, kurewskiego blichtru. Myślę o nich z czułością, kiedy wyobrażam sobie jak na wyrwanych z zeszytu karteczkach z namaszczeniem cyzelują numery swoich domowych telefonów i dopisują ‒ „usługi całodobowe”. Już sam wyraz „całodobowe” jest okrąglutki od tych „o” kreślonych jak w zeszycie do kaligrafii. Wyobrażam sobie jak Carmen, Bella czy Ramona piszą przy śniadaniu te karteczki – troskliwie, z uwagą, żeby nie zrobić błędu, nie poplamić.

Najczęściej spotykam Bellę. To chodząca, a raczej stojąca w tym samym miejscu cierpliwość. Upatrzyła sobie skwerek obok przedszkolnego ogródka, naprzeciw kościoła. Wracający z niedzielnej mszy parafianie omijają ją szerokim łukiem, przechodzą na druga stronę ulicy z niemym wyrzutem: „Jak można, w takim miejscu?!” Ale mogę przysiąc, że Bella nie jest żadną prowokatorką. Gdyby stanęła naprzeciwko, nic by nie wskórała – to przecież ulica jednokierunkowa. Więc musi stać z tej strony i już. Stoi czasami całą niedzielę. Okrąglutka, niewielka, w wełnianym płaszczyku, z apaszką pod szyją. Ubrana jak wiele przechodzących obok kobiet: skromna urzędniczka, dbająca o wrażenie schludności. Zakłada wygodne buty, trochę rozdeptane, ale zawsze wypastowane trzewiki, a w ręku trzyma książkę. Czyta. Korci mnie, żeby podpatrzeć tytuł, ale ona – jak pilna uczennica z zamierzchłych czasów – książki okłada w gazetę.
Co innego Carmen: bizantyjski przepych i wieczorowy makijaż. Pełna gotowość już od rana. Jej garderoba jak nic pochodzi z czasów, gdy świecące bluzki, cekinowe spódniczki kupić można było jedynie w Peweksie. Otóż Carmen ma kilka takich zestawów. Zakłada je tylko do pracy. Wprawdzie złote nitki gdzieniegdzie się już przetarły, niektóre cekiny poodpadały, ale strój nadal robi wrażenie. Do tego zawsze pod kolor dobrane rajstopy, jeżeli nawet z puszczonym oczkiem, to stosowną nitką załapanym na okrętkę.

Rano u rzeźnika, ze znawstwem dobrej gospodyni, Carmen wybiera mięso, doradza też innym klientom. Wtedy jest ubrana normalnie, w rzeczy z pobliskiego „ciuchlandu”. Ekspedientki uśmiechają się do siebie pod nosem, robią znaczące miny, jakby chciały zdyskredytować jej kulinarne umiejętności, jakby tymi uśmiechami chciały ją raz na zawsze przyszpilić do jednego rogu ulic i do tej jednej życiowej roli.

Carmen ustawia się w przeciwległym do Belli rogu ulicy. Ale rzadko pracują w tych samych godzinach. Carmen, mimo wyraźnych oznak klimakterium, zachowała zgrabną sylwetkę. Włosy farbowane na rudo podpina wsuwkami, zwykłymi czarnymi wsuwkami do włosów, które można kupić w pobliskim kiosku. Czasami rano kończy makijaż, siedząc na schodach prowadzących do przychodni zdrowia. To dobre miejsce do świadczenia takich „prozdrowotnych” usług. Tylko kto chce z tych usług skorzystać? Kto się jeszcze zatrzymuje przed Carmen, Bellą czy Ramoną? Żaden z tych „wypasionych” samochodów, które bezgłośnie przesuwają się obok czytającej Belli i malującej się Carmen. Przed nimi zatrzymuje się – rzadko, bo rzadko, ale jednak – rozgruchotany polonez, stara skoda z odpadającym błotnikiem. Bella wówczas zamyka książkę, a Carmen pospiesznie kończy makijaż. Znikają w samochodzie i, z piskiem, a raczej charczeniem opon, odjeżdżają do – nie  opłaconych z góry – rajów rozkoszy. A oni, ci kierowcy, nie zawsze potem płacą. Kiedyś Bella przeklinała jednego takiego. Opowiadała Ramonie, czego już mu nigdy nie zrobi, żeby nawet pałace jej darował. Nie darują pałaców, rzadko też chcą, aby one darowały im cokolwiek ze swojej przebrzmiałej urody. Stare skody i rozgruchotane polonezy zatrzymują się przed Bellą coraz rzadziej.

Przed Ramoną ostatnio prawie wcale. Ramona ma problem z piciem. Coraz później wychodzi na ulicę, a zdarza się, że nie wychodzi wcale. Obrzmiałe od alkoholu powieki przysłania ciemnymi okularami.

‒ Skułam się wczoraj jak jasna cholera – mówi nie wiadomo do kogo.
Rano, na wyrównanie elektrolitów, przyjmuje butelkę piwa, i po tym zabiegu może postać jeszcze parę godzin. Często ma przy sobie torbę okruchów, którymi karmi gołębie i jakieś bezpańskie psy i koty. Otoczona tak gromadką zwierząt, niczym święty Franciszek, zdaje się nie zauważać nikogo, nawet swoich potencjalnych klientów.
‒ Po ile dzisiaj? – zaczepiają ją chłopcy z pobliskiego technikum. Ona jednak nie słyszy albo udaje, że nie słyszy i dalej rzuca ptakom kawałki suchej bułki. Ale około trzeciej już jej nie ma, chociaż zdarzało się, że wiosną stała nawet do wieczora. Pamiętam taki dzień sprzed lat, pierwszy sierpniowy dzień. O piątej po południu zawyły syreny w całym mieście – przechodnie i kierowcy zatrzymywali się. Ramona akurat siedziała na schodach, ale na ten dźwięk wyprężyła się jak struna. Nie wszyscy jednak poszli jej śladem.
‒ Chamy, palanty, gnoje, wieprze! Dla nikogo nie mają szacunku! – Lżyła  ich, wyprowadzona z patriotycznej równowagi Ramona.

Kiedy Ramona idzie do domu, na jej miejscu znów zjawia się Carmen. Teraz ma nową koleżankę. Trochę młodszą od siebie. Siadają na murku przy parkanie, rozmawiają. Młodsza częstuje papierosem, starsza wyciąga z torebki lusterko. Takiego już nigdzie nie uświadczysz, może gdzieś jeszcze na pchlich targach. Lusterko jest okrągłe, małe, z łatwością mieści się w kobiecej dłoni. Poza sprawdzeniem własnego wyglądu, można odwrócić je i podziwiać filmową piękność. Carmen ma lusterko z Sophią Loren. Gdyby się tak przyjrzeć, chyba jest nawet trochę do tej włoskiej aktorki podobna. A na pewno była. Duże oczy, wydatne usta. Carmen chowa lusterko, zaciąga się papierosem, którego ogarek wsuwa w lukę po brakującej jedynce. Przymyka oczy i trwa tak w stanie błogiej nieobecności. Obok dziewczyn z przeraźliwym wyciem klaksonu przejeżdża samochód. Carmen jak wyrwana z letargu podrywa się, szybko rozpoznaje kierowcę i demonstruje mu gest z uniesionym w górę środkowym palcem.

Spotykam je codziennie. Po latach przechodzenia obok nie zamieniłyśmy ze sobą ani słowa. Ostatniej jesieni, przez wiele dni nie widziałam Belli. Zdziwiła mnie, a potem zaniepokoiła jej nieobecność, w końcu zwróciłam się do Ramony:

‒ A gdzie jest ta pani… ta tutaj? ‒ zrobiłam nieokreślony ruch ręką.
‒ A co, z urzędu skarbowego? ‒ odpowiedziała, taksując mnie uważnie, jakby pierwszy raz w życiu mnie widziała.
‒ Nie, tylko tyle czasu jej nie ma… Mam nadzieję, że nic jej się nie stało.
‒ Ciekawa pani, czy nie umarła, co? A co to za różnica umarła czy żyje, takie życie to myśli pani, że coś wielkiego. Ja tobym chętnie zamieniła się z tym nawet wróbelkiem, bo co on niby ma za kłopoty, jedzenia dużo nie potrzebuje, woda mu wystarcza do picia, nie to co mnie. Taka ptaszyna każdemu miła, nikomu nie zawadza… ‒ Ramona z pasją oddała się afirmacji wróbelkowego żywota.
‒ No nie, ja tylko… przepraszam – odeszłam pospiesznie.

Ale widać Ramona rozważyła wszystkie za i przeciw, rozpoznała w moich oczach autentyczny niepokój, i kiedy już byłam daleko usłyszałam wołanie: ‒ Ej, ej, proszę pani! Pani zaczeka! Renia jest w szpitalu, ma raka…


Rys. Mieczysław Bukowczyk