09. 2016

Jolanta Cywińska

Tam jest moc

Jest takie miejsce w Polsce niedaleko Konina…. Nazywa się Wietrzychowice i jest z nim moc…  Ale zacznijmy od początku.

W zasadzie już przywykliśmy, że od czasu do czasu, w nasze zwyczajne i zracjonalizowanine życie wkradają się zjawiska, których nie potrafią wyjaśnić najtęższe naukowe umysły. Chociaż próbują. Cóż z tego, kiedy po licznych badaniach zostajemy zaopatrzeni w całkiem zgrabne hipotezy, które jednak do końca niczego nie wyjaśniają. Wtedy na odsiecz ruszają umysły magiczne snując własne opowieści. A my raz wierząc, raz nie wierząc badamy sprawę na własną rękę i wyciągamy  prywatne wnioski.

Takim właśnie ciekawym poletkiem dociekań są tzw. punkty energetyczne ziemi, czyli takie miejsca na naszej planecie, w których pulsuje szczególnie silna energia. Miejsca te zwane są czakramami ziemi, lub jak kto woli gruczołami ziemi. Dla mnie jednak brzmi to zbyt medycznie i anatomicznie, więc zostaję przy nazwie punkty energetyczne.

Od wieków człowiek wyczuwał i wykorzystywał ich niezwykłą energię pochodzącą jednocześnie z ziemi i kosmosu, energię, której działanie od zawsze miało na ludzi dobroczynny wpływ. Tam człowiek lepiej się czuje, szybciej regeneruje siły fizyczne i duchowe, ba niektórzy twierdzą, że pod wpływem owej dobroczynnej energii potrafią ustąpić niektóre dolegliwości. Radiesteci również potwierdzają ich moc. Ziemia, tak jak człowiek ma kanały przepływu energii oraz centra energetyczne zwane czakramami. Znane są również linie mocy, które tę energię przenoszą. Oplatają one całą kulę ziemską stanowiąc rodzaj niewidzialnego systemu energetycznego naszej planety. Większa część miejsc mocy znajduje się właśnie na tych liniach lub na ich przecięciu. Ciekawy jest również fakt, że wiele miast, zabytków i miejsc kultu zbudowanych zostało w takich miejscach, co dowodzi, że nasi przodkowie od dawna docenili dobroczynny wpływ tej energii.
Centra energetyczne promieniują niezwykłą siłą, którą da się zmierzyć tzw. fizyczną skalą BSM (Bovis-Simoneton-Matela). A tak opisuje ją Leszek Matela – polski geomanta i jej współautor:
„W  miejscach  mocy  spotykamy silne emisje stymulujące organizm człowieka. Metodami radiestezyjnymi można zmierzyć siłę tego promieniowania. Skala pomiarowa opiera się na ustaleniach francuskiego radiestety Antoine Bovisa, iż ogólne promieniowanie organizmu człowieka wynosi 6500 jednostek. Jest to swego rodzaju miara wzorcowa. Odnosi się ona nie tylko do ciała człowieka, ale też do poziomu energetycznego środowiska. Energie powyżej 6500 jednostek Bovisa wywierają korzystny i stymulujący wpływ na osobę, natomiast promieniowania poniżej tej granicy oddziałują niekorzystnie. Im bardziej skala obniża się poniżej 6500 jednostek i zbliża się do zera, tym wzrasta szkodliwość promieniowania. I tak na przykład skrzyżowanie cieków wodnych posiada wartość poniżej 1000 jednostek, pojedyncza żyła wodna 1500-750 jednostek".
Jak widać trudno jednoznacznie ocenić to zjawisko. Jedni twierdzą, że to magia, inni, że czysta fizyka. Faktem jest, że energia ta powoduje pewną harmonię w umyśle człowieka, poprawia koncentrację, sprzyja medytacji, co docenili buddyści. O miejscach mocy, jako o tych, które koncentrują energię z ziemi i kosmosu wspominają stare księgi hinduizmu – Wedy. Według hinduskiej legendy indyjski bóg Sziwa rzucił w różnych kierunkach świata siedem magicznych kamieni, z których każdy przyporządkowany był jednej z planet Układu Słonecznego. Tam gdzie spadły owe kamienie zaczęła wydobywać się boska energia, która miała służyć ludzkości. Co ciekawe jeden z tych kamieni trafił na Wawel, a konkretnie upadł w obrębie kaplicy św. Gereona. W ten sposób powstał tzw. Czakram Wawelski, najsilniejszy w Polsce, który przy okazji podobno dobrze wpływa na całą Europę Wschodnią. I nic dziwnego związany jest bowiem z samym Jowiszem. Inne kamienie też trafiły pod znakomite adresy. Wystarczy wymienić Machu Picchcu w Peru i jezioro Titicacca w Boliwii, Piramidy Egipskie w Gizie, czy Górę Kalias w Tybecie. Tylko, że jest ich stanowczo więcej niż 7, bo w sumie takich miejsc na świecie jest kilkaset, a i w Polsce można doliczyć się kilkudziesięciu. Jest Góra Ślęża, Łysa Góra, Tykocin, Białowieża, Ostrów Tumski we Wrocławiu, Katedra Gnieźnieńska. To zaledwie kilka tych bardziej znanych. Ja odwiedziłam to mniej uczęszczane w Wietrzychowicach pod Izbicą Kujawską.

Już na pierwszy rzut oka miejsce robi niesamowite wrażenie. Po przejściu kilkunastu kroków leśną ścieżką wyłania się pięć podłużnych kurhanów kształtem przypominających węża. Zostały one wzniesione przez plemiona rolników i pasterzy zamieszkujące te tereny pięć i pół  tysiąca lat temu. Grobowce są tak ogromne, że nazwano je „piramidami polskimi”. Nad mogiłami usypano potężne wały ziemne mające ponad 100 metrów długości i ok. 3 wysokości w części czołowej. Obłożone były głazami, które miały chronić je przed rozmyciem i ograniczać obszar kultu. Nie ulega wątpliwości, że w grobach tych chowane były osoby wysoko stojące w plemiennej hierarchii. Podobno wyłącznie mężczyźni, chociaż na miejscu krąży legenda, że najmniejszy z kurhanów mieści pochówki dzieci. Zmarłych chowano w czole grobowca, czasami taki kurhan mieścił dwie trzy osoby. Nasypy najwyższe są z czoła, czyli od południa, a potem stopniowo zwężają się i obniżają w charakterystyczne „ogony”. Ze względu na sposób konstruowania tych grobowców i użycia do tego wielkich kamieni, zalicza się je do tzw. grobowców megalitycznych. Pochodzą z neolitu i poprzedzają wzniesienie piramid egipskich.

Największy grobowiec nr 3 przebadany został jeszcze przed wojną w 1935 roku przez prof. Konrada Jażdżewskiego. Znajdowały się w nim dwa prostokątne groby otoczone niedużymi głazami i przykryte ziemią. Dzięki tym badaniom odkryto również ślady stypy pogrzebowej, a wśród nich resztki kości ludzkich  (najwyraźniej przy okazji stypy ktoś jeszcze stracił życie, a nasi praprzodkowie okazali się ludożercami!) i zwierzęcych oraz kilka drobiazgów, między innymi fragmenty ceramiki i narzędzia z krzemienia. Zagadkę stanowi badany nieco później grobowiec nr 5, gdyż znaleziono tam szczątki dwóch mężczyzn, na których czaszkach zachowały się ślady trepanacji (u jednego z nich była wykonywana aż czterokrotnie).

Przy wietrzychowickich kurhanach można wyciszyć się,  pomedytować, złapać trochę dobrej energii, ale biada jeśli ktoś z nimi postępuje zbyt obcesowo.  Za przykład mogą służyć losy przedwojennego właściciela tych ziem barona Boehmera, który zaczął rozbierać okalające mogiły kamienie i zwozić do swojej posiadłości. Zbudował z nich fundament dworu i okazały parkan, który można oglądać do dzisiaj. I wtedy posypały się na niego nieszczęścia. Podobno pod ich wpływem oraz nękających go złych snów i duchów baron zrezygnował z dalszego niszczenia grobów, a teren cmentarzyska kazał zalesić i zaczął o niego dbać.

Dziś kurhany otaczają wysokie drzewa, powstał rezerwat archeologiczny, ustawiono ławki i tablice informacyjne dla zwiedzających. Można tam przyjść, usiąść, odprężyć się, pomedytować, chyba, że trafi się akurat na ekipę archeologów, którzy stale tam czegoś szukają. Kto wie może niedługo poinformują nas o nowych ciekawych odkryciach. Dla mnie ciekawy był widok przewróconego, leciwego dębu, który mimo, że prawie wszystkie korzenie miał w górze, rośnie sobie spokojnie w poprzek i każdej wiosny się zieleni. Podobno to efekt tamtejszej dobrej energii. Słyszałam też, że wprawione oko może dostrzec tam również inne ciekawe rzeczy, a nawet postacie, które pojawiają się i znikają w jasnej poświacie. Mnie się to nie udało, ale może następnym razem zobaczę więcej.