09. 2016

Majka Decker

Paryskie kawiarnie - wspomnienia

Nie ma jednego Paryża, jest Paryż arystokracji z XVIII w. (dzielnica Marais) i Paryż Viktora Hugo. Jest Paryż Sartre’a (Montparnasse) i artystów takich jak Utrillo i Pissare i Toulouse Lautreca (Montmartre, Pigalle). Jest też Paryż Wielkiej Emigracji z Biblioteką Polską we wspaniałym pałacu na wyspie św. Ludwika. Paryż to miasto legenda. Napisano o nim tysiące książek, nakręcono setki filmów. Każdy więc coś o nim wie, jeszcze zanim tam pojedzie. Jedni jadą obejrzeć Notre Dame, inni by zobaczyć Louvre, jeszcze inni grób Napoleona. Ale każdy bez wyjątku musi zawitać do paryskiej kawiarenki.
Bistro, Cafe, Salon de the, powstały pod koniec XVIII w. A wszystko przez Turków. W 1683 roku, kiedy oblegali Wiedeń popijali sobie nieznany napój zwany kawą. Szpieg króla Sobieskiego, który dwa razy przedzierał się do oblężonego miasta przez obóz turecki przynosząc wieść o odsieczy w nagrodę zażądał 300. worków dziwnych ziaren, którego nie chciały jeść wielbłądy (Wiedeńczycy uhonorowali go ponadto domem, pokaźną sumą pieniędzy i zwolnieniem z podatków). Osiadłszy w Wiedniu Kulczycki założył pierwszą kawiarnię w Europie Zachodniej „Dom pod niebieską butelką”. Wieść głosi, że wprowadził słodzenie kawy miodem i, co najważniejsze, dla złagodzenia gorzkiego smaku zaczął dodawać do naparu mleko.

Z Wiednia kawa ruszyła dalej i wkrótce zawojowała Europę. Kawa stawia na nogi, pobudza i ożywia umysł, a jej smak jest wyborny i sprawia nam przyjemność. Zaczęto ją pijać rano, wieczór i w południe i tak powstały kawiarnie, bez których od końca XVIII wieku trudno sobie wyobrazić życie. Kawiarnia stała się kolebką i podstawą europejskiej tożsamości, miejscem spotkań polityków, artystów, intelektualistów (stąd pojęcie „kawiarniani intelektualiści”) i wreszcie zwykłych szarych ludzi.

W Paryżu kawiarnia podniesiona została do rangi instytucji. Zwykły Paryżanin nie mógłby przeżyć spokojnie dnia bez odwiedzenia kafejki. Jest ich tysiące, pozornie wszystkie takie same, ale tak naprawdę każda jest inna. Wiele z nich ma ogródki. W takim ogródkuprzy jednej małej czarnej można siedzieć godzinami i gapić się na przechodniów. Na przykład w kafejce mieszczącej się na rogu rue de Seine i rue de Bucci, czyli w samym sercu Paryża. A jest na co popatrzeć. Ulicą maszerują eleganckie panie ze starszego pokolenia, za którymi na ogół biegnie pudelek, młodsze ubrane dużo bardziej nonszalancko, Afrykanki, które noszą się narodowo, a więc w bajecznie kolorowych szatach i w turbanach na głowie. Jakiś młody chłopak krzyczy „Le Monde, Le Monde”, a mamusia policzkuje dzieciaka (tak, tak, to zastępuje we Francji klapsy). Na pobliskim targu sprzedają wszystko co da się zjeść, a na rogu stoi kataryniarz (z katarynką oczywiście), z której wydobywają się wzruszająco starodawne dźwięki. Kelner ma na głowie baskijski beret, a na szyi gawroszkę. Brakuje jedynie Edith Piaf.

Ta kafejka nie ma w sobie nic wyjątkowego. Jest takich moc przeogromna i każdy mieszkaniec tego miasta ma swoją własną ukochaną, oraz swoją własną zaprzyjaźnioną na rogu. Są też kafejki, które się „specjalizują” w czymś szczególnym. Są kafejki homoseksualistów, są kafejki artystów. Są te słynne jak La Coupole, na Bl. Montparnasse gdzie spotykali się francuscy intelektualiści z Sartrem na czele, czy CafeDeux Magot (na rogu bl. S. Germain i rue Bonaparte), a obok CafeFlore, gdzie bywał codziennym gościem Hemingway i Joyce, a teraz bywają przede wszystkim snobi. Ale są i te przeznaczone tylko dla własnej klienteli i dostarczające jej rozrywek; w CafeduTresor znajdującej się pod nr 5 rueduTresor, w 4-tej dzielnicy od 9. rano do 2. w nocy można grać w szachy, warcaby, karty, a nawet Monopoly i Scrable. Wnętrze pomalowane jest na wesołe żółto-czerwono-niebiesko-zielone kolory, gracze siedzą, jak w parku na ławeczkach, a co najdziwniejsze cała klientela składa się z ludzi młodych. W modnej dzielnicy Marais, na 18 rue des Archives jest kafejka „LesMarroniers”. Tam w kadrze jak z filmu z lat 50 tych można pograć w backgammona lub jak kto woli trictraca, a w wieczory czwartkowe uczestniczyć w filozoficznych dyskusjach. W „CannibaleCafe” ‒ 93 rue Jean Pierre Timbaud, Paris 11e, można pograć w belotkę czy w szachy i poczytać gazety i pisma. Panuje tutaj niezwykle miła i domowa atmosfera. A w „Le Lescot”, 26 rue Pierre Lescot, Paris 1, panuje cisza niemal absolutna – tutaj gra się w słynną chińską grę Go, wymagającą skupienia. Tutaj też mistrz Lim, stary mądry Chińczyk prowadzi w sobotnie popołudnia darmowe kursy tej gry.

Ciągle jeszcze istnieje Shakespeare Co. na Quai S. Michel (niedaleko bulwaru tego samego świętego), gdzie na parterze jest księgarnia, a na pięterku, wśród półek z książkami, stoją przeogromne, wytarte, stare foteliska, w których zawsze ktoś coś czyta, a niektórzy, co bardziej zmęczeni – śpią.

Najmilsze jednak są te zwykłe kafejki, w dzielnicach, do których nie przychodzą turyści, bo nie ma po co. Wystrój jest żaden: cynkowy bar, na nim w specjalnych pojemniczkach zwanych przeze mnie „jajniki” są jajka na twardo, a przy barze stają jacyś faceci z papierosem w kąciku ust i dyskutują (zażarcie) z „patronem” czyli właścicielem. Stoliki mają marmurowy, albo plastikowy blat, ławeczki pokryte są skajem. No i cecha charakterystyczna – brak popielniczek. Teraz to oczywiste, bo już nigdzie nie można palić, ale kiedyś popiół sypano na podłogę. Pety też. Co pewien czas kelner ze szczotką na kiju zamiatał i wszystko było OK. Do takich kafejek przychodził Jean Gabin i Jean Paul Belmondo. Do takich najbardziej lubiłam przychodzić ja.
Stąd też powstał dowcip o popielniczkach, że są to naczynia do strząsania popiołu, gdy w pokoju nie ma podłogi.

Kawiarenki na Montmartre

fot. Krystyna Bukowczyk