09.2016

BOSKA FLORENCE

Florenc  Foster Jenkins to postać autentyczna. Kochała muzykę i chciała swym śpiewem podbić cały świat. Cóż, skoro natura nie obdarzyła Florenc  ani słuchem, ani głosem. Fałszowała na potęgę, a dźwięki, wydobywające się z jej gardła mogły postawić do pionu nawet samego umarlaka. Ale trzeba przyznać, że poniekąd osiągnęła sławę, czego ukoronowaniem był jej koncert w Carnagie Hall. Wprawdzie zamiast zachwytu wzbudziła śmiech, niemniej jej marzenie, by wystąpić na tej słynnej muzycznej scenie świata ziściło się.

Jeśli chcecie poznać mechanizm tego fenomenu zapraszam do kin od 19 sierpnia na „Boską Florence”. I zaznaczam od razu, że rzecz cała nie tylko w tym, że odziedziczyła ona sporą fortunę, dzięki czemu dysponowała gotówką, a ta, jak wiadomo, otwiera szeroko prawie wszystkie drzwi. I nie w tym, że jako żona St. Clair Bayfielda – brytyjskiego aktora o arystokratycznym rodowodzie, miała cenne  znajomości, wobec których brak talentu był nieistotnym szczegółem. Ona po prostu głęboko wierzyła w swój dar, talent, w czym umiejętnie i z wielkim oddaniem utwierdzał ją jej ukochany mąż. To dzięki niemu i jego ekwilibrystycznym niemal zabiegom występowała na Broadwayu i nagrywała płyty.

Reżyser, STEPHEN FREARS (twórca takich filmów, jak: „Niebezpieczne związki”, ”Królowa”, „Tajemnica Filomeny”), zrobił chwilami dość kameralny i wymowny emocjonalnie film,  autentyczny i piękny w swym przesłaniu, ale mógłby się on okazać jednym z wielu, gdyby nie genialny dobór całego grona aktorów, a zwłaszcza wybór MERYL STREEP do roli tytułowej. Jest po prostu rewelacyjna, urocza,  zniewalająco-autentyczna, choć chwilami wyraźnie zdaje się „z przymrużenieniem oka” patrzeć wprost na widzów, tak, jakby chciała powiedzieć: „no, jak tam, dobrze się bawicie?”. Partneruje jej HUGH GRANT, poważny, czuły, kochający, a jednocześnie chwilami po staremu szalony i zniewalający swym słynnym, chłopięcym uśmiechem. Komediowy charakter filmu wspiera też na swych wątłych ramionach  SIMON  HELBERG w roli starannie wybranego akompaniatora, który „wchodzi” w tę farsę, zainscenizowaną przez męża jego pracodawczyni, z tzw. konieczności finansowej, lecz zostaje w niej do końca,  już tylko i wyłącznie z czystej sympatii  do tej  „najgorszej śpiewaczki świata”, jak ją nazywano.

Film zrealizowano na kanwie komedii pt. „Boska”, którą wystawiła lata temu w swym teatrze Krystyna Janda, kreując w niej rolę tytułową.

Reżyseria:  Stephen Frears.  Produkcja: Wlk. Brytania, USA.  Dystrybucja: MonolithFilms

Małgorzata Sienkiewicz-Budo     (http://36mm-kinomaniak.blogspot.com)